среда, 28 июля 2010 г.

BIAŁORUSKIE BIEGI

Więcej niż 10 polityków oświadcza o swoim zamiarze wziąć udział w prezydenckim wyścigu. Kto może odsiać się i czy siły opozycyjne mają możliwość wysunąć wspólnego kandydata? Eksperci robią swoje prognozy.


Politolog Jurij Czausow uważa, że zmnijeszenie się ilości pretendentów na uczestnictwo w prezydenckich wyborach zacznie się jednocześnie ze startem oficjalnej kampanii wyborczej.

"W stadium zbioru podpisów będzie oczywiste, że ci politycy, za którymi nie stoją poważne polityczne struktury (partie, bloki, ruchy), nie będą w stanie zebrać potrzebne 100 tys. podpisów dla tego, żeby zarejestrować się jako kandydat na prezydenta. Więc już na tej fazie opozycyjni politycy będą zmuszeni do stwarzania bloków albo rezygnacji z wyborczego wyścigu", - uważa J. Czausow.

Na myśl politologa Waleria Karbalewicza, lista kandydatów, nim zacznie zmniejszać w stadium zbioru podpisów, najpierw powiększy się. Przy czym ekspert przewiduje pojawienie się na tej liście absolutnie niespodziewanych figur.

W ogóle, na myśl J.Czausowa, znaleźć się w biuletynach dla głosowania potrafi nie więcej niż trzech opozycyjnych polityków – to maksimum, które w stanie zebrać 100 tys. podpisów.

Politolodzy prawie nie wątpią w to, że w wyniku na finiszowym proście okaże się Alaksandr Milinkiewicz, lecz kto będzie mu towarzyszył, na razie trudno przewidzieć.

Wśród innych "grawitacyjnych" centrów warto poznaczyć kampanię "Mów prawdę", co ma przepiękne finansowe warunki, która na razie nie wysunęła swojego lidera Włodzimierza Nieklajewa na kandydata, - zaznacza J.Czausow. - Z innej strony, ta uwaga, która jest do ich przykuta, w znacznym stopniu uwarunkowana jest właśnie politycznym odcieniem tej cywilnej kampanii. Będzie kandydatem od "Mów prawdę" Włodzimierz Nieklajew, Jarosław Romanczuk albo Andrzej Sannikow - sytuacji to nie zmienia".

Na ten moment wyznaczenie wspólnego kandydata od opozycji wygląda nadzwyczaj mało wiarygodnym. Przy czym prawie nikt z opozycyjnych polityków ani z samej idei wspólnego kandydata, ani z rokowań na ten temat oficjalnie nie rezygnuje, a niektórzy nawet nazywają to zadaniem priorytetowym i strategicznym. Wyjątek zrobił niezależny polityk Aleś Michalewicz, który podczas debaty na kanale telewizyjnym "Bełsat" konstatował niemożliwość wyznaczenia wspólnego kandydata.

W.Karbalewicz uważa, że mechanizm wyznaczenia wspólnego kandydata jest wtórny, ponieważ najważniejsze jest - obecność politycznej woli. Gdyby była wola i chęć wyznaczyć jedynego kandydata, to porozumieć się o procedurę byłoby łatwo.

Na myśl W.Karbalewicza, żeby opozycja jednak doszła do porozumienia konieczne są dwa warunki. Po pierwsze, opozycję do jedności może popchnąć drastyczny spadek rankingu obecnego prezydenta (co, zrozumiałe, ciężko sobie wyobrazić). Po drugie, zmusić konsolidować się może szorstka pozycja zachodnich państw (co, właściwie, i stało się w 2006 r.). Jednak teraz Zachód już faktycznie nie stawia na opozycję.

Politolog Włodzimierz Rowdo również uważa, że popchnąć opozycję do zjednoczenia może opinia Zachodu. A Zachód, sądząc ze wszystkiego, skłonny jest widzieć jako wspólnego kandydata A.Milinkiewicza. Jednak, na myśl eksperta, to nie jest udany wybór, chociażby dlatego, że na nim już leży ciężar porażki 2006 r. Tym tazem wśród polityków, którzy ogłosili o swoich prezydenckich ambicjach, jest, na myśl W.Rowdo, bardziej odpowiednie figury.

J.Czausow widzi kwestię o wspólnym kandydacie trochę inaczej. Jego zdaniem, wspólny kandydat jest potrzebny w razie pewnego politycznego scenariuszu. "Jeśli opozycja do takiego scenariuszu nie jest gotowa, to on nie pojawi" się, - podkreślił J.Czausow.

Według słów politologa, dla wielu opozycyjnych sił najważniejsze na tych wyborach będzie nie pytanie wyznaczenia wspólnego kandydata, a pytanie przetrwania ich politycznych struktur jako takich. I, właściwie, większość polityków, którzy zamierzają iść na wybory, jest zatroskana w pierwszej kolejności właśnie zachowaniem własnych politycznych struktur.

"Oni nie potrzebują stać pod parasolem jedynej bezosobowej demokratycznej ideologii, zjednoczonej tylko hasłem "Precz Łukaszenko"!. Dla nich najważniejsze – teraz głośno powiedzieć o sobie", - odznaczył J.Czausow.

Wysuwanie przez Białoruską partię zielonych swojego kandydata na prezydenta jest najbardziej charakterystycznym przykładem podobnej logiki.

Mówiąc o przyszłych prezydenckich wyborach, nie można nie przypomnieć o czynniku Rosyjskim w białorusko-rosyjskich stosunkach, dokładniej, ich drastycznego pogorszenia się, tym bardzeij, że dużo politologów przewiduje aktywną ingerencję Rosji do wyborczego procesu.

Tak, lider Partii BNF Ołeksij Janukiewicz na ostatnim partyjnym zjeździe zaznaczył konflikt Moskwy i Mińska jako kluczową okoliczność prezydenckiego wyścigu, a także wyraził pewność w pojawieniu się na wyborach prorosyjskiego kandydata.

J.Czausow zaznacza, że z jednej strony Rosja w ostatnim czasie zajmuje aktywną pozycję polityki zagranicznej na postsowieckim obszarze, lecz z drugiej strony, to niekoniecznie jest związane z wysuwaniem jakichś konkretnych politycznych figur, ponieważ swoje cele można osiągać nie tylko poprzez otwarte uczestnictwo w kampaniach wyborczych.

Ekspert przypomina o wyborach 2005 r. na Ukrainie, które pokazały, że otwarte uczestnictwo Rosji, z jednej strony jest bardzo wydajne, a z drugiej ¬- nieefektywne. Dlatego o wiele prościej rozgrzać sytuację, doprowadzić ją do punktu wrzenia i już potem z niej próbować wyciągnąć swoje korzyści.

"Względnie mówiąc, Rosja teraz robi stawkę na rozgrzewanie sytuacji na Białorusi, a doprowadzi to do zmiany reżimu albo nie, to już nie jest tak ważnie. Najważniejsze, żeby to doprowadziło do tego, żeby reżim w Mińsku stał się bardziej ustępliwy przed rosyjskimi geogospodarczymi wymaganiami", - uważa J.Czausow.

Na myśl W.Karbalewicza, rosyjski czynnik w prezydenckiej kampanii będzie obecny przede wszystkim jak najważniejszy przedwyborczy temat. Każdy polityk, który będzie brał udział w wyborach, musi wyraźniej zaznaczyć swoją pozycję w sprawie stosunków białorusko-rosyjskich. I jeśli w czasie braku konfliktu można byłoby ominąć ten problem, to teraz kandydaci muszą koniecznie zareagować na niego.

W.Karbalewicz wątpi w to, że Moskwa będzie na serio wystawiała swojego kandydata, lecz finansowe uczestnictwo Rosji w prezydenckiej kampanii jednak uważa za możliwe.

"Nie wykluczam, że jakiś rosyjski oligarcha da pieniądze i na Białorusi na te pieniądze pojawi się jakiś kandydat, który będzie zajmował względem Rosji bardziej lojalną pozycję. Lecz uważać go za kremlowskiego kandydata będzie dużą przesadą", - odznaczył ekspert w wywiadzie dla naszej gazety.

Politolog W.Rowdo nie uważa, że Rosja zamierza robić stawkę na kogoś z przedstawicieli opozycji. Jego zdaniem, jakikolwiek przedstawiciel opozycji będzie dla Moskwy mniej akceptowaną figurą, niż obecny prezydent. "Presja na Łukaszenko będzie nasilała się, lecz gra będzie właśnie z nim, a nie z opozycją", - uważa politolog.

Między innymi w tym kontekście interes dla Rosji może przedstawiać osoba A.Sannikowa, który w przeszłości pracował w MSZ ZSRR na dyplomatycznej służbie (a może i dla radzieckich służb specjalnych?!). Nie wykluczono, że Moskwa nadal wykorzystuje Sannikowa i jego strukturę na Białorusi jako placówkę dla zapewnienia swoich interesów, i w ostatniej chwili zacznie przedwyborczy piar właśnie tego "ciemnego konika".

Комментариев нет:

Отправить комментарий